Ta wioseeeenna nieeeedzielaaa
Dziś był naprawdę wiosenny dzień. I choć nie należy się do tego zbytnio przyzwyczajać, to jednak wiosnę już czuć. Z tej wiosny to Harry ma największą radochę, skacze po trawie i czasem przyniesie jakieś mysie trofeum (na szczęście tylko na podwórko). Pcha się na dwór częściej i na dłużej, bo już mu nie marznie jego wygodne futrzane dupsko. Wiatry jednak jeszcze hulają i złowrogo gwiżdżą w kominie.. Boję się tego dźwięku, chyba mam tą fobię po mamie.. Nadal uwielbiam burze, te letnie z błyskawicami i grzmotami, ale boję się takiego wiatru.. Szybko mija ta niedziela, jest taka zwyczajna, z jajkiem na półmiękko na śniadanie i z kotletem schabowym i duszonymi ziemniakami na obiad. Szybko mija weekend, marzec.. Już raczej nie zdążę schudnąć do czerwca, ani poprawić wyników "cukrowych" do kwietniowych badań okresowych ;) Staram się przegnać lęki i z nadzieją myśleć o wiośnie, o wakacjach, o życiu tak w ogóle.. i czasem się to udaje, choć nadal trudno jest mi wydłubać z siebie...