Posty

Babskie rozmowy, sprawy, strachy

Ostatni dzień parodniowego urlopu, a ja dopiero usiadłam by naklikać notkę. Taką o wszystkim i niczym, wybaczcie jeśli poskaczę po tematach.. hiih.. tak mam. A to "hiihi" z tego, że parę dni temu na spacerze z G uświadomiłyśmy sobie po raz kolejny, jakie my mamy przeskoki tematowe. Nie wynikają one jedynie z tego, że spotykamy się teraz tak rzadko, bo miałyśmy to już zanim G wyjechała do Londynu. I było to dla nas niezauważalną normalką, dopóki kiedyś jej mąż tego nie skomentował: "Jak wy się nie gubicie w tym o czym mówicie?" Cóż.. po pierwsze nadajemy na podobnych falach, po drugie jesteśmy kobietami, a one (podobno naukowo udowodnione) potrafią robić wiele rzeczy na raz, a po trzecie, kiedy się ma w sumie pięcioro dzieci (jej troje moich dwoje) to życie zmusza do tego by rozmawiać tak: "Ta sukienka co kupiłam, wiesz w te kwiaty, choć tu, zostaw tą miskę, nie grzeb w tej wodzie, to trzeba ja do krawcowej dać, bo nie czuję się w tym dekolcie, no tak, wiem, ż…

Podobno jest wiosna...

Tak mi przyszło do głowy, że chyba niedługo zapomnę jak tu się wchodzi.... dlatego weszłam ;) Nawet komputer nie był odpalany kilka dni, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia... Odwyk nastąpił jakoś sam, szkoda że ze słodyczami mi to nie działa.
Kolejny tydzień mija w błyskawicznym tempie, zima nie odpuszcza, choć było kilka dni prawie wiosennych. W zeszły piątek miałam mieć sabat czyli babski wieczór, pewnie już byśmy wiosnę przywołały naszymi zwyczajowymi tańcami nago wokół ogniska, ale babski wieczór został odwołany niemalże w ostatniej chwili. Wieczór piątkowy spędziłam zatem upojnie w domu, przed TV i z igłą i nitką... Jutro i w sobotę będę mieć kucharzenia trochę więcej niż normalnie, gdyż Ślubny ma imieniny, można się spodziewać paru gości. Od lat już robimy raczej skromniej takie imprezy, jednak mimo wszystko: wielkopolska gościnność itd itp i tralallala.
Mamy już zaklepany wyjazd nad morze, kilka dni, miejsce to samo co (prawie) zawsze. Jedyna różnica to taka, że będzi…

Prawie wiosenna sobota: w cieniu prześladowcy i blasku Czarnej Madonny...

Sobotni poranek, wreszcie taki jaki lubię najbardziej.. No może bardziej kiedy to jest lato, a najnajbardziej nad morzem.. ale to szczególne przypadki. Dziś jest sobota, kiedy jestem sama, bo nawet dzieci w pracy (Córa dorabia sobie czasem w weekendy w sklepie..hmm..większość niedziel, jak wiadomo, jej już odpadła...a Synusiowi wypadły akurat praktyki) Pięknie tak, że nawet wyprane pościele łapią zapach powietrza na lince...Nawet Harry wyszedł skorzystać z niemal wiosennej aury. Mniej się garnie na dwór, ale nie wiem czy to od kastracji czy zimna, czy może jednak ze strachu. Prześladuje go wielkie kocisko, które chyba nie zauważyło, że Harry nie stanowi mu już genetycznej konkurencji. Prześladowca znakuje nasze wszystkie piwniczne okna i drzwi wejściowe. A w pogoni nie waha się wbiec za Harrym do piwnicy. Obawiam się, że wychowałam maminsynka ;) Ale może po prostu nie ma duszy wojownika, a ja kocham go takiego jakim jest. Nie wiem jak przepędzić tego intruza, by mój kot czuł się be…

Czas czasem jest, a czasem nie ma czasu, choć przychodzi kolej losu ;)

Miałam napisać coś z cyklu wspomnień wywołanych SKS, nawet miałam początek: "byłam księdzem".... ale w tym tygodniu zdarzyło się coś, o czym chętnie napiszę.
Jako, że Synuś mój malutki, w zeszłym roku stał się pełnoletni wg prawa, a zwyczajowo jakoś tak jest, ze wówczas taki dorosły (YHM) człowiek chce mieć prawo jazdy. Chyba już skończyły się czasy kiedy dowód osobisty był tym wymarzonym papierkiem. Teraz plastikiem, ale mniejsza o to...Teraz trzeba mieć prawko. W większości przypadków. Synuś się zapisał, zapłacił "prezentami" osiemnastkowymi. Spraw się ciągnęła trochę, jazdy były dość rozstrzelone, aż przyszedł czas egzaminów. Teoretyczny jakoś poszedł, ale praktyczny.. Oblany..oblany..oblany.. eech! Czyżby w tym Synuś do mamusi się upodobnił ??? Oby nieeee.. nie mam nerwów na jedenaście prób :P Na szczęście za czwartym razem udało się! Ze szczęścia chodził pięć centymetrów nad ziemią. I ulżyło naszym nerwom i portfelom. Choć to oczywiście może być chwilowa i poz…

Opowieść małżeńska jakich wiele

Opowiem pewną historię. Bez powodu, tak sobie. Może jest prawdziwa, może wymyślona. A może zdarzyła się wielu ludziom. Wielu parom. A pytania w niej zawarte są raczej retoryczne.
Małżeństwo, świętujące swoją 20 rocznicę ślubu, wybrało się na kolację do restauracji. Tym razem nie zrobił jej niespodzianki, razem wybrali miejsce. To właściwie dobrze, bo czasem niespodzianki mogą rozczarować. Usiedli, przeglądali jadłospis, było miło, takie przyjemne odstępstwo od codzienności. Okazja warta uczczenia. Zamówili, jak zwykle On tradycyjnie, schabowy, Ona postanowiła spróbować placka po węgiersku. Taa.. miło, mimo, że ją zaczęły denerwować co chwilę odbierane przez Niego telefony. Owszem, sprawy firmy są ważne, ale czyż nie jest ważniejsza w tej chwili Ona? Och święto? Zostawała przy stoliku sama, nawet kiedy zamówienie już zostało przyniesione. Przyszedł, usiadł, telefony się na szczęście skończyły. Jedzenie okazało się bardzo dobre, rozmowa lekka. Żarty.. taaaa O choćby taki: -Co teść mó…

Omamy, odjajczanie i rozważania za czy przeciw

Brałam torebkę, gotowa do wyjścia do pracy, i w nikłym świetle z korytarza, zobaczyłam jak wycieraczka na mnie idzie!!! Jak boni dydy! Przez głowę przelatywały mi myśli czy kiepsko przespana noc może wywoływać takie zwidy?(syndrom nocy z niedzieli na poniedziałek połączony z interesującą, acz niedoczytaną książką) Nagle się okazało, że wycieraczka ma ogon.. hmm... a potem wyrosła jej głowa Harrego. Aaa to Harry! Pewnie ćwiczy na ewentualność dostania do programu Agent Gwiazdy, albo zostanie komandosem! Brawo Harry, szóstka z kamuflażu! Ponad dwa tygodnie temu, wreszcie się dokonało. Zanim się zdecydowaliśmy, pytałam na forach, pytałam znajomych i oczywiście weterynarza. Kastracja. Może bym się jednak nie zdecydowała , bo nie widziałam jakoś mimo wszystko powodu, dopiero sąsiądka przypieczętowała los jajek Harrego, mówiąc po raz wtóry, że chyba będę musiała jej odkupić wycieraczkę... Nie wiem czy faktycznie tylko Harry tam na nią sikał, bo u nas znaczył ten drugi, taki podobny do Harr…

"Upadamy wtedy gdy nasze życie przestaje być codziennym zdumieniem"

Szukam tego co mi kradnie czas! Naprawdę nic takiego się nie dzieje, nic takiego konkretnego nie robię, a czas sssss...sssobie ucieka. Szczególnie ten tzw "wolny". Bo co takiego dziś zrobiłam? Zupę pomidorową ugotowałam właściwie wczoraj, dziś tylko dosmaczyłam i zrobiłam pierogi leniwe. Leniwe pracochłonne nie są (jak na pierogi), więc co? Gdzie to śmignęło? Przy rozładowywaniu i załadowywaniu zmywarki? Hmm.. no przecież nic! Może ta godzinka na "Zaklinaczkę duchów" taką różnicę zrobiła?
Nie wiem, więc chyba jest gdzieś jakaś szczelina w czasoprzestrzeni i tam ginie mój czas.
Dzień był dziś piękny, słoneczny, pobielony szronem. Zimno i wietrznie, ale jednak słońce robi robotę. Z tym, że mimo tego, mimo pięknego, pomalowanego wschodem nieba, dzień był taki ciężki. Z tych dziwnych, co to wiecie, niby nic, niby nie ma powodu, a jednak w środku tak jakoś drga, tak jakoś ciężko. Czuję się jakaś taka niedospana, bo nawet weekend nie nadrobił tych braków... To nawet n…