449. Pieszczota wolnych dni ;)
Nie wiem czym sobie zasłużyłam, ale kolejny raz w tym roku wstrzeliłam się z urlopem w najlepszą możliwą pogodę. Nawet wieczory są ciepłe i gwiaździste, dzięki czemu udało się z G niedzielny wieczór spacerować, a potem usiąść na ławce i przegadać ostanie kilka miesięcy... Jednak telefony i różne portale tego w pełni nie oddają... Wczoraj wypiłyśmy razem kawę, obejrzałam górę zdjęć z wakacji G w Cornwalii. Dziś już spotkać się nie udało, gdyż G na przyjazd do ojczyzny ma zaplanowany przegląd techniczny całego organizmu. Hmm.. jednak polska opieka medyczna nie jest taka najgorsza? Na mojego męża zawsze mogę liczyć, w tym, że zadba o to bym się nie nudziła na urlopie! Rano przywiózł mi ogromniastą dynię. Z tą ogromną dynią poradziłam sobie świetnie.... Najlepiej i najszybciej z pierwszą połową.. ;) Połowę (tą mniejszą.. choć z matematyki wiem, że połowy są zawsze równe, to w naturze już tak równo nie jest...) wydałam po sąsiedzku, a z mojej w największym garze ugotowałam kompot na słod...