W rozkroku między sobą, a sobą, przeszłością a teraźniejszością...

Wczoraj było wczoraj i na szczęście nie dziś.
Bo wczoraj nie było dla mnie łaskawe ani miłe. Niby nic aż tak, a jednak...
Zaczęło się ćmieniem pod ciemieniem zaraz po przebudzeniu. Niemiły początek, choć udało się to ćmienie przewietrzyć podczas drogi do pracy, bo ranek był wyjątkowo chłodny, tak niespodziewanie. Niespodziewanie, bo ostatnio nas aura rozpieszcza ciepełkiem, delikatnie mówiąc. Było słonecznie, a rześkość była taka otrzeźwiająca, że wywiała ćmienie, jednak nie na zawsze... W pracy się okazało, że chyba nie zabrałam telefonu, gorzej, że może jednak zgubiłam?? Bo wkładałam do torebki, chyba.. Niepewność niemiła. Tak na półmetku pracy, niepokojące mroczki okazały się migreną. Natychmiast strzeliłam jej z przciwbóla. Szybka reakcja sprawiła, że dało się przeżyć. W domu szybko ale wcale nieszybki obiad i potem taka, rzadko u mnie spotykana, drzemka. Aaa.. telefon się znalazł. Faktycznie włożyłam go do torebki, tylko nie do tej. Tak to jest, jak CZŁOWIEK ma dwie :P Trochę wstałam mniej trzaśnięta w ciemię, głowa ważyła już pół tony, nie tonę. Zatem zabrałam się na nastawienie ogórków na małosolne, skoro już ślubny główne składniki dostarczył. Chwyciłam za ucho, stare kamionkowe naczynie do kiszenia, takie co to pamięta jeszcze moją babcię, albo prababcię, starsze zatem ode mnie.. Niestety: pamiętało.. Nic mi już nie opowie bo jakaś dziwna i zła siła walnęła nim o podłogę i rozpołowiła. Widziałam jakby w zwolnionym tempie jak leci, ale moje tempo było jeszcze bardziej zwolnione. Ogórki się kiszą w wiaderku po śledziach czy kapuście.. A mnie parę łez głupich pewnie, bo to tylko naczynie... a może jednak nie tylko?

Dziś jest dziś, głowa ma tylko ćwierć tony. Wszystko idzie jakoś tak dziwnie, tak jakby podwójnie, jakbym stała obok siebie i sobie ..pomagała? Przeszkadzała? Tak jakbym była tutaj, a jednak tam, teraz , ale też dawno, dawno temu już.
Kijki zaliczone, pogoda idealna, nie ma co narzekać., Nie narzekam zatem. Przede mną do zrobienia gar gołąbków , za mną pochłonięte pół kilo czereśni. Takich czarnych, strzelających w zębach od nabrzmiałych soków, słodkich jak grzech.
Jeszcze jutro i tydzień urlopu...   aaach... Może mały reset zlikwiduje to moje rozdwojenie..

Pozdrawiam zatem, czereśniowo :) mmmmmm

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ten sam Księżyc nad nami

W tej kałuży ktoś się nurza...

Pollyanna nadal mieszka we mnie