Kasztanowo-jabłkowy czas...
Moich panów jeszcze nie ma, a Kociasty zasnął, więc taki śpiący kłębek zdjęłam ostrożnie ze swoich piersi (pomału robi się za ciężki, cycki mi oklapną!) i położyłam na fotelu. Jest szansa, ze uda mi się coś napisać... Założyłam długi sweter z kieszeniami, bo jakoś mi dziś zimno. W kieszeniach mam kilka kasztanów, przyniesionych z cmentarza. Leżały na grobie mamy. Poszłam tam kiedyś, kiedy było już późno i ciemno i po prostu musiałam się wygadać. Teraz nawet łatwiej się nam rozmawia...Nie muszę ukrywać niczego, mogę popłakać, a jej to nie wprawia w zakłopotanie, ani przerażenie.. Przyniosłam te kasztany, bo zawsze lubiłam ich aksamitny dotyk. Teraz już się pomarszczyły, jednak nie chcę ich wyrzucić, są jak zapisane łzy. Dni mijają szybko, nawet nie dlatego, że są krótkie, po prostu czas zawsze jest szybszy od nas. I im bardziej się go goni, tym on szybciej ucieka. Jesień zapowiada się bardzo zajęta, zawodowo i prywatnie. Oby wszystko się powiodło! Dziś siądę do najnowszej części "H...