Koniec i początek, przeskakujące liczniki i czerwone paski
Czas chyba popchnąć tamte notki dalej.. Zdaję sobie sprawę, że to nic nowego pod słońcem, to moje narzekanie. Te moje zwierzenia o mojej (nie)dyplomacji małżeńskiej znane są tym co mnie odwiedzali i odwiedzają. Nudne są, niczego nie wnoszą nowego, bo jestem jaka jestem i nawet jak tu piszę czasem jak chojrak jakiś, to nie walę pięścią w stół i ultimatum nie stawiam, tym bardziej go nie egzekwuję... Tak się wytłumaczę: gdzieś muszę, inaczej pęknę! Na jakiś czas mi wystarczy pewnie, tym bardziej, ze jak już się wypiszę, przeczytam co napiszę, a potem te serdeczne i zatroskane komentarze czytam, to lżej mi, a z drugiej strony głupio za swój charakter, bez obrazy dla taty, "miętkim dytkiem" zrobiony.... Wiem też: się powtarzam tematycznie, cóż.. starość nie radość ;) Aa.. no właśnie.. Wczoraj mi licznik o cyferkę jedną przeskoczył, to wybaczcie staruszce!! Przekupię was kawałkiem tortu czekoladowego z czarną porzeczką? A może.. takim innym? Hmm.. chodzi mi coś takiego po głowie...