A tak sobie klikam...
Niedziela przeleciała szybko, z oddechem poniedziałku na plecach.. Przed obiadem wyciągnęłam na rower Ślubnego. Okazuje się, że wybraliśmy najlepszą porę, bo potem pogoda się skwasiła.. Niby nadal słońce się przebijało, ale wiatr zmógł się jeszcze bardziej. Może taka przejażdżka stanie się niedzielnym rytuałem? Póki co małżeńska burza minęła, no to pojechaliśmy. Dwadzieścia lat tak bywa, a przyzwyczaić się trudno;)A pewnie nawet nie powinnam się przyzwyczajać… ;P Na deser zachciało nam się suchych wafli (andrutów) z dżemem, więc ledwo nadążałam ze smarowaniem, a rodzinka chodziła, chrupała i kruszyła. Ślubny tylko bąknął, że z masą tortową lubi bardziej, ale.. już nie zdążyłabym zrobić, bo opakowanie się skończyło. Córa pojechała, tym razem na parę dni, wróci wcześniej, bo w czwartek święto.. Sesja tuż tuż.. Tata jechał znów w odwiedziny do Neptuna, tydzień tam pobędzie. Szczęściarz:) Dał znać, ze dojechał (chwała komórkom)rozpakował się i idzie do znajomych na kawę, więc niech się b...